Nie interesuj się pan!

Autor: 
Ocena: 
8
Average: 8 (3 votes)

Wydawało mi się, jakbym zamiast rąk miał dwa wielkie sople lodu. Październik był w tym roku piekielnie zimny. Przystanek całkowicie opustoszał. Tylko zapchlone koty, dla których życie nic już niemal nie znaczyło, snuły się bez celu po ulicy. Wiatr ciął swoimi pazurami to z lewej, to z prawej, nie dając ani chwili wytchnienia. Nie pomagało już zasłanianie się połami sztormiaka. Zachciało mi się biznesu, psiakrew… Ale jakoś na chleb trzeba zarobić.

Robotyka nie należy do łatwych zajęć. Szczególnie tworzenie maszyn bojowych do zadań specjalnych. Potrzeba wyjątkowo mocnych i twardych stopów, a ich obróbka to skomplikowana sprawa. Można by szukać diamentowych ostrzy, ale to strasznie drogi interes. Przeglądając dzisiejszą gazetę, znalazłem jednak zadziwiająco dobrą ofertę na podobnej twardości materiał, za to w niezwykle kuszącej cenie. Nadawca nie podał swojej tożsamości z wyjątkiem enigmatycznego inicjału: W.Z. Z początku ogłoszenie wydawało mi się dziwne, nawet żartobliwe. Po zastanowieniu postanowiłem zadzwonić, przecież nic nie tracę.

Odebrał mężczyzna. Miał głos starego palacza – gruźlika, który każdego papierosa popija roztworem kwasu solnego. Nie chciał podać żadnych szczegółów, był strasznie tajemniczy, kazał mi tylko przyjść na przystanek dzisiaj o czternastej i odłożył słuchawkę. Więc czekam…

Spóźniał się. Spoglądałem na tarczę zegarka kieszonkowego, ale nie mogłem odczytać godziny, szkło pokrył osad na podobieństwo szronu. Tutaj działy się jakieś naprawdę dziwne rzeczy. Poniedziałek, godziny szczytu, a ulice kompletnie puste. To naprawdę nie było normalne.

I wtedy ujrzałem go przez mgłę. To musiał być on. Czarny płaszcz, z którego spływały strużki deszczu i niedbale doszyty materiałowy kaptur zasłaniający twarz. Ręce ukrył w kieszeniach. Widać było tylko siwą,  poskręcaną i skołtunioną brodę. Stanął przede mną i splunął w przydrożny kanał.

– Wojciech Zębowy jestem – charknął. – To pan dzwonił?

– Tak – odparłem niepewnym głosem.

– Ile pan potrzebuje towaru? Mogę załatwić każde ilości, nawet na jutro – powiedział przewracając kartki notatnika z zamówieniami.

Zerknąłem mu przez ramię. Niektóre zlecenia opiewały na dwie, trzy tony.

– Kilka kilogramów, na próbę wystarczy… Skąd pan bierze tyle tego? – zapytałem nieśmiało.

– Nie interesuj się pan, dobra? Dla mojego i pańskiego dobra. Powiedzmy, że mam swoje skuteczne metody. Niezwykle skuteczne – uśmiechnął się, ukazując pozłacany ząb. – To na kiedy?

– Może być na jutro – podałem mu karteczkę z adresem. Splunął na dłoń i wysunął ją w moja stronę. Z lekkim obrzydzeniem odwzajemniłem uścisk.

Obrócił się na pięcie i już miał odejść, ale zatrzymałem go gestem. Musiałem zadać nurtujące mnie pytanie. Po prostu musiałem.

– Bo ja, wie pan, słyszałem kiedyś o zawodzie podobnym do pańskiego, ale…

– Chodzi panu o te ludowe bujdy? Że ja niby mam być babą? Eee… daj pan spokój. To cholernie ciężka robota, nie dla mięczaków – mówił odsłaniając równocześnie bliznę na ramieniu, jakby po ukąszeniu. – Żadna baba nie wytrzymałaby długo w tym fachu. Wiem co mówię.

Odwrócił się i już miał odejść z powrotem w stronę mgły, ale przystanął jeszcze na moment.

– Zęby dostarczę na jutro, pod wskazany adres. I na przyszłość, niech pan lepiej uważa z pytaniami. Naprawdę dobrze panu radzę…

Odpowiedzi

No i bardzo fajnie wyszło. Czekam na następne.