Dori

Ocena: 
0
Brak głosów

Father McKenzie, wiping the dirt

from his hands as he walks from the grave

No one was saved

Lennon & McCartney

 

– Czy nic nie da się zrobić? – Oczy kobiety były pełne łez.

Miała na imię Eleonora, była nauczycielką chemii. I starą panną.

– Przykro mi, nie potrafimy nic na to poradzić. To trucizna. Nigdy bym nie przypuszczał, że to właśnie na Dori trafi. – Lekarz delikatnie poklepał foksteriera po głowie. – Nasza kochana Dori. Ileż to ona ma lat?

– Trzynaście. – Eleonora pociągnęła nosem. – Zawsze była taka pełna życia. A teraz?

Weterynarz odłożył na stół plik kartek z wynikami badań.

– Czy nie mogła zajść jakaś pomyłka? – Nadzieja tliła się w głosie kobiety. – Nigdy nie puszczałam jej wolno. Jak mogłaby zjeść karmę dla lisów?

– Bardzo mi przykro, pani Eleonoro. Wyniki są jednoznaczne. Macie jeszcze jakieś czterdzieści osiem godzin. Niech pani ją weźmie na spacer, kupi jakieś smakołyki. Potem proszę jej podać to, nic będzie bolało. Dałem trochę więcej, gdyby trzęsły się pani ręce. – Lekarz wręczył kobiecie papierową kopertę. Schowała ją do kieszeni i wyjęła portfel.

– Ile płacę?

– Dwadzieścia – rzucił szybko, jak gdyby wstyd mu było brać pieniądze.

Odliczyła cztery monety i wręczyła weterynarzowi. Schował je do kieszeni spodni i rzucił znowu spojrzenie na Dori.

– Bardzo mi przykro, naprawdę – powiedział cicho.

Kobieta wzięła foksterierkę na ręce i ruszyła do drzwi. Wiedziała, że nigdy więcej tu nie wróci. Na obcięcie pazurów, odrobaczenia czy kontrolę zębów. Trzynastoletni rozdział w jej życiu kończył się nieodwołalnie.

Tylko co się zaczynało? Przed sobą widziała pustkę.

 

*

 

Czterdzieści sześć godzin później Eleonora i Dori wracały z ostatniej wspólnej przechadzki.

– Chodź kochanie, jakoś musimy się tam wdrapać. Dasz radę, na pewno.

Trzęsącymi się dłońmi otworzyła drzwi do mieszkania i wpuściła przodem zdyszaną suczkę. Kiedy tylko zamknęła drzwi, zaniosła się płaczem. Wiedziała, że ten moment nadejdzie, odliczała przecież minuty, ale ostatnia godzina wciąż była daleko. Najdłuższe czterdzieści sześć godzin w jej życiu. I najszczęśliwsze, przepełnione troską i miłością. Gasnącą, ale zawsze miłością. A teraz…

Teraz nadszedł moment rozstania.

Eleonora sięgnęła do szafki, w której trzymała leki i wyjęła białą kopertę. Wewnątrz znajdowały się cztery tabletki. Kochany pan Mirek, o wszystko zadbał, pomyślała z czułością i nalała wody do szklanki.

Pierwszy raz w życiu miała wypić nieprzegotowaną, ale cóż to teraz za różnica.

Najpierw wcisnęła Dori cztery tabletki do ust, zmuszając psa do połknięcia, jak dawniej, kiedy podawała jej środki odrobaczające.

Potem znowu otworzyła szafkę, wyjęła listek paracetamolu forte i wycisnęła wszystkie tabletki na dłoń. Połykała je po kolei, twarde grudki śmierci w jej przełyku. Potem sięgnęła po nystatynę, z trudem przełykając czterdzieści dużych, różowych pastylek. Na koniec, kiedy czuła, że więcej już nie zmieści, popiła wszystko spirytusem salicylowym i nożem do sera podcięła sobie żyły.

Wtedy zadzwonił telefon.

– Słucham – zachrypiała resztką sił do słuchawki.

– Pani Eleonora!? – mimo, że jej umysł pogrążał się już w śmiertelnej mgle, poznała ten głos. To dzwonił pan Mirek, weterynarz. – Żartowałem tylko, słyszy pani? Przedwczoraj był 1 kwietnia! Pani pies jest prawie zdrowy, ma tylko tasiemca. Słyszy pani? Te tabletki to przeciw robakom, proszę się o nic nie martwić!

Nie słyszała już tych słów. Jej dłoń puściła słuchawkę chwilę po tym, gdy głos pana Mirka zastąpiło długie, przeciągłe buczenie zakończonego połączenia.

Czerwona plama rozlała się aż do przedpokoju i wsiąkła w tani, poliestrowy chodnik.

Dori wyła długo w noc. Biedny, mały foksterier Dori.