Spowiedź

Ocena: 
0
Brak głosów

Zawsze po wieczornych mszach zostawał w konfesjonale i oddawał się przemyśleniom. Był pasterzem, który dbał i często modlił się za wiernych. Nie miał o sobie wygórowanego mniemania, ale chciał wierzyć, że jego prośby do Boga odnoszą chociaż najmniejszy skutek. Tym bardziej, że otrzymywałna to drobne dowody. Ostatni miał miejsce w Wielki Piątek. Tydzień wcześniej wyspowiadał się u niego policjant w średnim wieku, który przeżywałpoważne problemy alkoholowe. Roczna terapia przestała przynosić efekty, gdy okazało się, że jego syn został oskarżony o dokonanie brutalnego gwałtu i doprowadzenie dziesięcioletniej dziewczynki do innych czynności seksualnych z koniem. Co gorsza, oskarżony skwapliwie przyznał się do winy i nie wyrażał żadnej skruchy. Policjant nie potrafił unieść ciężaru hańby, którą okryła się jego rodzina. Przestał zażywać leki i próbował popełnić samobójstwo. Na szczęście w ostatniej chwili jego zamroczenie mijało. Uciekał wtedy nocami z domu i włóczył się bez celu po mieście.

Pewnego ranka, zaraz po nocnym spacerze, poszedł do pracy, a po zakończeniu dniówki przyszedł do kościoła. W trakcie spowiedzi powiedział proboszczowi, że jakaś siła go przyprowadziła. Sam nie wiedział, jak się znalazł w konfesjonale, tym bardziej, że nie miał zamiaru się spowiadać. Chciał tylko z kimś porozmawiać i się wyżalić. Jednak w trakcie tej rozmowy okazało się, że jego dusza potrzebuje odnowy choć nie popełnił żadnych poważnych grzechów. Ale miał zamiar popełnić. Chciał zabić syna, aby oczyścić imię rodziny.

Spowiedź - rozmowa trwała kilka godzin i bardzo zmęczyła proboszcza. Przyniosła jednak efekt. Policjant się uspokoił i opamiętał. Po jego wyjściu z kościoła, ksiądz długo modlił się za jego duszę. Wiedział, że powinien powiadomić policję, ale był związany tajemnicą spowiedzi. Dłuższy czas zastanawiał się, co powinien zrobić. W końcu postanowił zadzwonić na policję, ale nie ujawniać ani swojej tożsamości, ani szczegółów i okoliczności, w jakich dowiedział się o planach mężczyzny. Nie zdążył tego jednak zrobić.

W Wielki Piątek w konfesjonale ponownie pojawił się policjant. Proboszcz, gdy go tylko zobaczył, przygotował się psychicznie na długą spowiedź. Jednak zamiast niej usłyszał słowa podziękowania. Funkcjonariusz powiedział, że rozmowa z księdzem bardzo mu pomogła i oczyścił mu umysł i serce. Nie chciał już zabić pierworodnego. Ksiądz uznał to za kolejny cud.

Nie słyszał otwieranych i zamykanych drzwi. Poczuł tylko ścinającekrew w żyłach zimno. Był to powiew wiatru, który wleciał i został w kościele. Ksiądz miał wrażenie, że wiatr zamroził nawet powietrze. Pomyślał, że wychodzący po mszy ostatni wierni za słabo domknęli drzwi. Zastanawiał się jednak skąd taki chłód w kwietniu. Chciał wstać i zamknąć kościół, ale nie potrafił się podnieść. Nogi odmówiły mu posłuszeństwa. Zupełnie jakby został sparaliżowany.

Światła w budynku zgasły na ułamek sekundy. Coś weszło do środka. Ale nie było to zło w najczystszej postaci. Proboszcz o tym wiedział, choć nie potrafił określić źródła tego przekonania.

W kościele pojawiła się nicość. Podpłynęła powoli i zmaterializowała się w konfesjonale. Nic nie mówiła, nie wydobyła z siebie żadnego dźwięku, ale słowa pojawiły się bezpośrednio w umyśle kapłana.

Ochroniłeś młodzieńca. Ma szansę odpokutować winę, którą wziął na barki jego ojciec. On zapłacił cenę, którą sam sobie wyznaczył. Dzisiaj zabiorę jego ciało.

Obecność znikła tak samo, jak się pojawiła. Zabrała ze sobą chłód. Proboszcz znów został sam. Po chwili zaczął się modlić o zbawienie potępionej duszy.