Resublimacja

Autor: 
Ocena: 
0
Brak głosów

Jan Rozier pokochał powietrze, kiedy zobaczył kota tonącego w rzece po wiosennych roztopach. Porwane silnym nurtem zwierzę raz po raz wychylało łebek nad powierzchnię, ale nie miało już siły miauczeć, tylko walczyło o łyk świeżego powietrza. W końcu przegrało i zamiast haustu powietrza do płuc wciągnęło wodę. Nie wynurzyło się więcej, za to Jan zaczął łykać powietrza za dwoje.

I tak już zostało – Jan i powietrze, Jan i niebo.

Zaczął z hukiem i od huku, pracując nad grzmotami. Jednak nawet ten najintymniejszy dźwięk nieba nie zdołał zająć go na długo. Brakowało mu substancji. Odkrył ją w Paryżu, kiedy zaczął pracować z powietrzem znad kanałów miasta. Szukał sztucznego poruszenia tych mas, jakiegoś sposobu na ich rozrzedzenie, tak żeby życie mieszkańców i robotników stało się bardziej znośnie, a samo powietrze mniej namacalne. To teraz miało substancję, charakter i osobowość, ale błaźnią i prostaczą a nie wielkopańską. Nie zdołał pomóc mieszkańcom, ale robotnikom już tak – projektując specjalne hełmy; tak jak średniowieczna zbroja miała chronić przed strzałami, tak one miały bronić przed zatrutym powietrzem.

Skoro ze wsi trzeba przywozić jedzenie, to czemu nie brać powietrza z lepszych miejsc?

Sam Jan nosił w hermetycznym pojemniku oddech swojej narzeczonej.

Nie ograniczał się w swoich badaniach tylko do powietrza. Gazy, niekoniecznie bezbarwne i bezwonne, zawsze jednak delikatniejsze niż stała materia dookoła, pociągały go bogactwem swoich możliwości. Kiedy podpalił wodór, uzyskał wodę i stracił brwi, ale nie potrzebował żadnego z nich. Skraplanie pary wodnej i powstawanie szronu, gaz, który można zapalić i przemienić w czarne ślady sadzy, dym kadziła i dym krematorium. Nie raz obserwował wznoszące się iskry i kawałki spopielonego papieru tańczące jak duchy nad płomieniem. Potrzebował ognia, bo to dzięki niemu mógł wznieść się w przestworza.

I kiedy zobaczył braci Montgolfier unoszących balon w powietrze, oczy miał suche, bo jego łzy szczęścia nie mogły przecież płynąć, musiały się ulatniać. Jak Dedal stworzyli maszynę do latania; nie z wosku i piór, ale z papieru i ognia. Latające balony musiały być piękniejsze niż chińskie lampiony. Prezent dla nieba musiał być najpiękniejszy.

Oczywiście Jan uczestniczył w ich dalszych eksperymentach. Wkrótce w niebo wyniesiono owcę – baranka bożego, kaczkę z przetrąconym skrzydłem i koguta – wszyscy przynależni słońcu, stąpający po powietrzu, uwięzieni w tym życiu na ziemi.

Zwierzęta przeżyły spotkanie z niebem.

Król Ludwik rozważał wysłanie jako następnych w niebiosa skazańców – na wszelki wypadek, gdyby niebo wzgardziło człowiekiem, to przynajmniej sprawiedliwości stanie się zadość – ale Rozier protestował tak długo i tak gorąco, że w końcu sam zdołał wznieść się w niebiosa. Powietrze przyjęło go jak swego.

Kiedy samo wznoszenie przestało wystarczać, Jan zaczął badać perspektywy podróży. Ten pierwszy balon potrzebował zbyt wiele paliwa do ogrzania powietrza i nie mógł odlecieć zbyt daleko.

Nie mógł polegać więc tylko na powietrzu. Przypomniał sobie o lżejszym wodorze, który będzie unosił się sam, a im mniej ziemskiego balastu, tym dalej będzie mógł polecieć, czyż nie?

Sześć dni i sześc nocy czekał na skraju kraju, by przekroczyć kanał La Manche  i wreszcie siódmego poranka zdołał wyruszyć w stronę białych brzegów Albionu.

Zbyt późno zrozumiał, że jeżeli bracia Montgolfier byli Dedalem, to on był Ikarem. Widocznie nie był wystarczająco oczyszczony z ziemskiego brudu, bo balon zapłoną świętym ogniem. Może to gniew wodoru i powietrza? Papier balonu zapłonął i Jan widział, jak drobiny popiołu unoszą się coraz wyżej, kiedy on spadał coraz niżej i wiedział, że nie będzie kolejnej szansy, bo o ile powietrze było życiem, to ziemia rodziła tylko śmierć.