Chińskie ciasteczka. Podróż między wschodem a zachodem

Ocena: 
0
Brak głosów

Wśród gołych ścian

obnażona ze wszystkiego

doświadczam bycia sobą

Uwolniona dusza

wiedzie żywot bohatera mitycznego

Pchli targ. Powszedni rynek czynny całą dobę. Tutaj dostaniesz wszystko, czego pragniesz. Zaspokoisz najdrobniejszą, najdziwniejszą zachciankę. Wprawdzie nie zawsze na wszystko cię stać, jednak przy odrobinie dobrej woli i pomocy żywej wyobraźni zamienisz nieosiągalne na bardzo sympatyczny erzac. Środki zastępcze, substytuty, leki odtwórcze oraz inne, identycznie działające zamienniki ratują życie, a przede wszystkim poczucie własnej wartości, bezpieczeństwa i pozornej wolności.

Na targu panuje zasada – mam, więc jestem. 

Dzisiaj jest tu wielki gwar. Przyjechali ludzie z różnych stron świata. Obok mojego stanowiska trochę luźniej. To skromny stragan – na zwykłym płótnie rozciągniętym bezpośrednio na ziemi ułożyłam wiele odmian uśmiechów, kilka czczych pochlebstw, sporo miłości własnej, parę gestów i  rad nikomu chyba niepotrzebnych. Nikt do tej pory nie pochylił się na tyle nisko, aby ich dosięgnąć. Postrzępione boki płótna obłożyłam kamieniami dobrej woli – oby wiatr opatrzności nie porwał życiowego dobytku.

Rozejrzałam się. Tuż obok otworzył kiermasz, jak można sądzić po rzucającym się w oczy wielkim przepychu, człowiek bogaty. Czego tam nie było? Towar nie z tego świata. Niektórych rzeczy nie umiałam nawet nazwać. Sprzedawca, niczym sułtan, siedział wygodnie na pięknie haftowanej poduszce, smukły i wyprostowany, z życzliwym uśmiechem na ustach. Pomiędzy rozchylonymi wargami obrysowanymi brązową kredką połyskiwały olśniewająco białe zęby. Głowę dostojnego kupca spowijała delikatna materia ułożona na wzór wschodni. Wyglądał na człowieka, który osiągnął wyżyny szczęścia i dobrobytu.

Z drugiej strony rozsiedli się jacyś biedacy. Wychudzone postacie w zniszczonych łachmanach przykucnęły wzdłuż alejki, ciche, pochylone niczym przybrzeżne kępy trzcin, tylko ich rozgorączkowane oczy rzucały w przechodzących natarczywe prośby o jałmużnę. Przed nimi  stały ciągle puste miski. Bo nawet jeśli ktoś wielkodusznie w pustkę miski coś wrzucił, to i tak przepadło, pożarte przez nienasyconą chciwość żebraczych dziur.

Mój dostojny sąsiad – właściciel pysznego straganu – poruszył się. Wyciągnął z ukrytej w fałdach sukni torebki paczkę papierosów. Wyjął jednego, powąchał. Długi papieros miał piękny ustnik, niespotykany w tej okolicy. Spojrzałam z zainteresowaniem. Wtedy, zupełnie nieoczekiwanie, wyciągnął rękę z paczką w moją stronę. Wyjęłam nieśmiało jedną cygaretkę, skinęłam głową w podziękowaniu. On pochylił się w kierunku leżącego u moich stóp płótna i wziął pierwszy z brzegu uśmiech. Zwykły kolorowy. Pusty w środku. Cóż znaczy ten wybór? Pomyślałam, że choć wygląda na konesera, dał się oszukać tanim uśmieszkiem. Dziwne. Albo nie zna wartości szczerego uśmiechu, albo po prostu jest  wspaniałomyślny. Jeśli tak, niech poczęstuje też tych biedaków, co siedzą niedaleko nas, niechby i oni spróbowali odrobiny luksusu. Pokazałam na migi, o co proszę. Oburzył się. Nie, w żadnym wypadku! Jego fundusz reprezentacyjny nie przewiduje takiej rozrzutności. Odmówił. Odmówił i nie miał przy tym najmniejszych wyrzutów sumienia. Żaden cień nie zgasił wyrazu błogości na twarzy. Wręcz przeciwnie. Z każdym zaciągnięciem się dymem papierosowym rosło jego samozadowolenie.

Niewiele się namyślając, poszłam w ślady niewzruszonego kupca. Zapaliłam papierosa i zaciągnęłam się głęboko, z nadzieją, że i mnie zdarzy się podobna błogość. A tu niespodzianka – gorycz i spiekota w gardle. Ohyda. Spojrzałam zazdrośnie przez ramię. No cóż, może przyjdzie taki czas, że i ja się nauczę, przyzwyczaję, pocieszyłam się w myślach. Czytałam kiedyś, że palenie tytoniu to rodzaj przywary. Wzbogacę się zatem o przywarę, na pewno się przyda. Zwłaszcza, że ludzie z podobnymi przypadłościami obdarzają się wzajemnie uczuciami przyjaźni i zrozumienia. A prawdziwa przyjaźń jest przecież wiele warta.

Od pewnego czasu mam własne mieszkanie. No, wprawdzie tylko jeden pokój z małą wnęką na garderobę, ale własny. Mam tam mnóstwo półek i wieszaków, na których poukładałam cały dobytek, łącznie z towarem przeznaczonym na sprzedaż i wymianę. Wnękę oddzielają od pokoju drzwi. Złośliwe drzwi. Czasem, zupełnie niespodziewanie, otwierają się, żałośnie skrzecząc, a z wnętrza wysuwa się jakiś element stroju – czy to niespełnione marzenie, czy maska wymuszonej grzeczności, która już od dawna źle przylega do twarzy.

Lubię siedzieć pośrodku pokoju otoczona z czterech stron gładkimi, pustymi ścianami. Pozbawiona wszystkiego, co krępuje ruchy i obciąża umysł, całkiem naga siadam przed Bogiem i sobą. Pamiętam – kiedy usiadłam w ten sposób pierwszy raz, czułam pewne skrępowanie, a właściwie strach. Co chwilę rozglądałam się wokół, czy ktoś nie podgląda, nasłuchiwałam, czy nie nadchodzi. Wyłączyłam wszystkie światła. Otulona mrokiem czułam się bezpieczna. Rozluźnione zmysły zawisły w przestrzeni, tak jak tylko ptaki potrafią. I wtedy właśnie moja dusza podniosła głowę. Wzięła pierwszy głęboki oddech. Wdech i wydech. Znów wdech. Serce zabiło gwałtownie. Z irytującej szafy wypełzło wspomnienie koszmarnej dyscypliny, izolacji i osamotnienia. Lecz zrelaksowany umysł nie zwrócił na nie uwagi. Zafascynowany był bowiem widokiem rozbudzającej się duszy i odtąd ciągle domagał się podobnego stanu skupienia. Dzień w dzień. Codziennie odwieszałam do szafy rozemocjonowaną powierzchowność, by wnętrze mogło nacieszyć się harmonią i spokojem. Choć nie zawsze było to łatwe zadanie.

Natura ludzka jest tak skonstruowana, że w każdej, nawet najmniejszej zmianie, dopatruje się zagrożenia dla ukształtowanej już całości. Co rusz powstają pomysły na zdobycie towaru, który dałoby się sprzedać. Bo rozum musi coś mieć. Cokolwiek. Byle czuł się bezpiecznie, podparty twardą strukturą posiadania. Z wrodzoną sobie bystrością i sprytem zaczął rejestrować wszelkie przejawy życia coraz bardziej ośmielającej się duszy. Szare, puste ściany zapełniły się kolorowymi obrazami. Pojawiły się też pierwsze zapisy wewnętrznych rozmów i lirycznych monologów. Ukazały się pewnego dnia, wydrukowane na zgrabnych karteczkach. Następnego ranka niektóre z nich znalazłam powciskane w świeże kuliste ciasto. Nie dość jeszcze rozbudzona, zupełnie bezwiednie zaakceptowałam ten pomysł i palcem wskazującym przyciskałam środek każdego ciasteczka, tworząc w ten sposób zgrabne dołeczki. Tak powstały pierwsze okrągłe ciasteczka z myślą pozytywną i filozoficzno-umoralniającą. Miałam z czym pójść na targ.

Moje pyzie przysmaki zrobiły furorę. W pewnym momencie ustawiła się nawet spora kolejka kupujących. Zaglądali sobie nawzajem przez ramiona,  recytując  zapisane na karteczkach wierszyki. Radośnie klaskali w dłonie, gdy słyszeli słowa pociechy. Smucili się szczerze, widząc w oczach czytającego łzy. Najbardziej podobały im się rymowanki  o marzeniach i uczuciach.

Kiedy w pobliskim kościele odezwał się dzwon na Anioł Pański, zostałam przy straganie sama. Wszystkie ciasteczka znalazły nowych właścicieli, a słowa wyjawione mi przez duszę rozeszły się między ludzi. Byłam z siebie zadowolona. Z rozpierającą od środka dumą, rozejrzałam się wokół. Czy wszyscy widzieli, jak mi dzisiaj dobrze poszło? Czy należycie ocenią wartość mojego stoiska?

Ktoś nowy, zupełnie nieznany, ustawił się po drugiej stronie alejki. Wysoki młodzieniec o dziecięcej twarzy, z brązowymi jak u psiaka, wilgotnymi oczyma. Stał onieśmielony. Na aluminiowym  fotelu  w żółte i zielone paski leżały pluszowe zabawki. Bez ładu i składu – niedbale rozrzucone, jakby jednym ruchem wysypane z pojemnika przez niecierpliwe rączki dziecka. Naprzeciwko chłopca, z drugiej strony straganu, stała kobieta w czarnym kapeluszu z woalką. Przyciskała do piersi brązowego misia. Po chwili pochyliła się nad leżakiem. Odłożyła misia. Wzięła pieska. Przytuliła zabawkę, jakby właśnie znalazła prawdziwy skarb. I znów się pochyliła.

Stałam zapatrzona w niezdecydowanie kobiety w czerni, na jej niezwykłe wybuchy namiętności. Byłam już prawdziwie zainteresowana zakończeniem tej sytuacji, no i oczywiście bardzo chciałam dowiedzieć się, którą zabawkę kobieta pokocha najbardziej, kiedy stanął przede mną nieznajomy. Starszy mężczyzna trzymał w ręku grabie. Jeszcze przed chwilą grabił pochylony zasłaną żółtymi liśćmi ścieżkę. Ale nagle przerwał pracę. Zatrzymał się, z trudem wyprostował grzbiet. Przekrzywił śmiesznie głowę i zaczął przypatrywać się czemuś pod moim straganem. Wyglądał jak wielki ptak z nadwzrocznością, do tego widzący wyłącznie na prawe oko. Podparł się grabiami, przyklęknął i gdzieś spod sterty liści wygrzebał zagubione ostatnie ciastko w kształcie pyzy. Wyschło już i stwardniało. Przypominało teraz wgiętą bilę do snookera. Podniósł je. Powąchał. Obejrzał, przysuwając, a potem oddalając od oka. Powąchał jeszcze raz. Podmuchał i ostrożnie, z pewną podejrzliwością, odgryzł kawałeczek. Szybko wypluł. Wierzchem dłoni wytarł z ust i języka drobiny piasku. Już miał wyrzucić, kiedy dojrzał tkwiący w środku papierek.

Wyjął go i rozwinął z wielkim zainteresowaniem. Zmarszczył przy tej pracy czoło w poprzeczną bruzdę. Przeczytał półgłosem: „Człowiek jest jak prądnica generująca nieprzerwanym strumieniem pragnienia. Może być tylko wiązką pragnień – nikim innym. Kim zatem jesteś, jeśli nie jednym wielkim chceniem, proszącym w swej nieposkromionej zachłanności o najlepsze miejsce w niebie?” Zmiął kartkę zniecierpliwiony. Zaklął szpetnie, zamruczał pod nosem coś o bzdurach i głupotach tego świata,  że „oni” nie mają pojęcia o życiu, skoro takie rzeczy wypisują. Nadgryzione ciastko wyrzucił. Kartkę po krótkim namyśle włożył do kieszeni spodni.

Nad targiem zgasło słońce. Warstwy granatowych i stalowych chmur przeciął zygzak błyskawicy. Zagrzmiało. Mężczyzna wytarł nos z pierwszego  deszczu. Wprawnym ruchem zarzucił grabie na ramię i odszedł pospiesznie, zadzierając co rusz głowę, jakby chciał policzyć, ile kropel jeszcze spadnie. Niedługo potem zaczęła się prawdziwa ulewa. Wokół nie było już nikogo.

Zostałam sama, zauroczona ciepłą wilgocią deszczu. Woda obmywała mi twarz, oczy, usta, całe ciało. Spróbowałam odrobinę językiem – była słona! Jak z morza. Pomyślałam, że to niemożliwe – skąd w chmurach sól? Podniosłam głowę. Po moich policzkach płynęły strumieniami łzy razem z deszczem.

Ziemia pod stopami łapczywie pochłaniała kaskady wody, stawała się miękka i plastyczna. Poczułam się jej częścią, bezpieczna jak kamień, jak trawa. W duszy nagromadziły się myśli nigdy dotąd nie nazwane. Słowa, które dotąd pamiętałam, rozerwały się na milion czarnych punkcików. Popłynęły z liśćmi i patykami, rzeką bulgoczącą wokół znikających w dole stóp.

Wnętrze mojego ciała było wibrującym, uporządkowanym chaosem, krążącym wokół jasno świecącego centrum duszy. Rozum, znajdując w przemianie ducha przedmiot dyskusji filozoficznych, poruszył ustami, by stało się słowo. Jakże byłam szczęśliwa, iż nie wydobył się z nich żaden dźwięk! Ten brak przegryzłam szybko i dokładnie, przełknęłam jak dobrze wypieczone słodkie, pulchne ciasteczko. Moja pierwsza wieczerza bez słów i uśmiechów. To dobra wróżba – pomyślałam – znak, że mogę znów się narodzić.

Wpatrzona w światło bez barw słucham odgłosów ziemi. Z uśmiechem małej dziewczynki zmieniam się w to, co widzę.

Z prochu i mgły ciepłego deszczu

pod niebem jasnym od gwiazd

z chmur białych i czarnych

życie stworzyło dwa skrzydła

Płyną ptaki w przestworzach

w poszukiwaniu wolnych gniazd

dusze wolne od złudzeń

żyją wiecznie szczęśliwe

nie znając początku ani końca