Wieczna Wojna – Joe Haldeman, Marvano

Wojna, wszędzie wojna

Aleksander Kusz

Następny komiks, ale obiecuję, że na jakiś czas ostatni (z zamówionych jest tylko druga część Y, a potem zobaczy się, czekam z utęsknieniem na komiksy Arta Spiegelmana w Wydawnictwie Komiksowym). Tak więc nie będę Was na razie molestował omówieniami komiksów, przejdę do innego gatunku literackiego (właśnie czytam, nie zdradzając wcale oceny książki – rewelacyjnych, nostalgicznych Beatlesów Christensena z Wydawnictwa Literackiego), żeby nie wyszło, że ja tylko komiksy ostatnio czytam. Bo nie! Pomimo tego, że jednak w ostatnim czasie zwielokrotniła się ich ilość w mojej biblioteczce. Tym razem jest to komiks dla mnie nietypowy, bo napisany (narysowany) na podstawie książki, i to bardzo sławnej książki (przynajmniej kiedyś, kiedy żubry wędrowały po starówce warszawskiej).


Wieczna wojna, o tę książkę, a raczej komiks, mi chodzi. Kiedyś, w momencie wydania książki, był to rewelacyjna, świetna wojenna sf, a właściwie antywojenna sf. Rok wydania – 1975. W Polsce wydana po raz pierwszy w połowie lat ’90 ubiegłego wieku (no nie mogłem się oprzeć). Po tylu latach dalej była bardzo dobra. Opisywała wojnę od całkiem innej strony. Do tej pory pamiętam tę książkę. Opisywała bezduszność wojny, jej nieuchronność w pewnych momentach, a potem, jak już została wprawiona w ruch, jej nieskończoność prawie, bo przecież dla wojskowych wojna jest istotą samą w sobie. Tam możemy się wykazać, przedstawić światu, a tym wypadku nawet światom, jak jesteśmy potrzebni i niezbędni. Joe Haldeman to weteran wojny wietnamskiej, wojny, która chyba odcisnęła największe piętno na obywatelach Stanów Zjednoczonych w ostatnich dziesięcioleciach. Na autorze również. I podobnie jak wielu innych, próbował oddać bezsens tej wojny (jak i poprzednich) opisując ją tak wiernie, że wyszła z tego mocna karykatura. Tylko Haldeman wymyślił, że przekaże to w sztafarzu science fiction i przeniesie akcję w kosmos. Wszyscy i tak wiedzieli, co opisywał, ale jakby co, pisał sf. Dostał główne nagrody sf – Hugo, Nebulę i Locusa w roku 1976. Nie wiem, jak było wtedy z konkurencją, ale Joe Haldeman zdominował stawkę. I nigdy więcej nie błysnął, to był pojedynczy strzał tak naprawdę. Próbował potem ponownie pisać jakby dalsze części, a raczej następne pozycje dziejące się w tym samym uniwersum, ale nigdy już nic wielkiego nie osiągnął.

Nie będę jednak opisywał Wam powieści, skoro mam Wam właśnie omówić komiks, który powstał na postawie tej powieści. Marvano już w latach ’80 dostał zgodę od agenta Haldemana na skomiksowanie powieści Wieczna wojna. Jednak żadne wydawnictwo europejskie nie było tym zainteresowane. W końcu Dupuis podjął się tego zadania i przypuszczam, że nie żałuje. Wydano trzy komiksy w serii, każdy osiągał sukces, a to co właśnie otrzymujemy, to zbiór wszystkich trzech. I na dodatek ponowne wydanie, bo pierwsze wydanie zintegrowane Egmont wydał w 2009 roku (Dupuis intergrał wydał w 2002 roku).
Piękne wydanie: 168 stron, twarda oprawa, szyte, kredowe, kolorowe karty komiksu. Jak to zwykle w Egmoncie, naprawdę dobra robota. W środku dostajemy cała serię, trzy komiksy (Szeregowy Mandella 2010-2020, Porucznik Mandella 2020-2203 oraz Major Mandella 2203-3177) plus dodatek w postaci wymiany faksów(!?) pomiędzy autorami pochodzący z 2001 roku, czyli przed opublikowaniem wydania zintegrowanego przez Dupuis. Dodatek w porównaniu do komentarzy odautorskich z omawianych niedawno Miejsc jest żenujący. Naprawdę nie wiem, dlaczego to zostało opublikowane. Każda z pojedynczych części ma objętość mniej więcej pięćdziesięciu stron, całość, jak pewnie widzicie w stopce, prawie sto siedemdziesiąt. Tyle liczb. Teraz już komiks.
Mamy rok 2010, szeregowy Mandella szkoli się wraz z innymi rekrutami, kiedy jeden z ziemskich statków zostaje zniszczony przez obcych – Bykarian. Ludzkość oczywiście nie może puścić tego płazem, wybucha międzygalaktyczna wojna, a Mandella wraz z innymi bierze w niej udział. Pomysł nie jest nowy w formie przekazu, przecież absurd wojny wyśmiał dwadzieścia lat wcześniej Joseph Heller w Paragrafie 22, ale Haldeman poszedł ‘w kosmos’ i to właśnie przyniosło mu rozgłos i uznanie w fandomie. Chyba jako pierwszy próbował napisać powieść antywojenną, której akcja dzieje się w kosmosie. I oprócz bezsensu wojny, mógł pokazać jeszcze coś innego. Mianowicie zmianę czasu, bowiem Mandella wracając z każdej akcji jest starszy o parę lat, a Ziemia w tym czasie starzeje się o kilkadziesiąt, albo kilkaset lat. Muszę przyznać, że to jest jedna z najciekawszych rzeczy tego komiksu, pokazanie zmian na Ziemi, zmian wśród ludzi, tak, by okazało się, że bardzo, ale to bardzo zmienili się, ale wewnątrz, zwłaszcza w podejściu do wojny – w ogóle. Haldeman pokazuje nam, że obojętnie jak będzie wyglądał człowiek, będzie tak samo głupi, krwiożerczy i żądny władzy. Niby na koniec mamy pozytywne zakończenie (oczywiście, zależy z jakiego punktu patrzymy na to zakończenie), ale wydaje mi się dodane na siłę, tak po amerykańsku, musi się przecież dobrze skończyć. Nie będę więcej pisał, to już zostawiam Wam do przeczytania/pooglądania. Podsumowując fabułę, niestety, przekaz zestarzał się. Już nie ma tej swojej świeżości, może po prostu w momencie wydania, czy to amerykańskiego, czy polskiego, trafił na dobry grunt, na dobrą okazję? Jeśli chodzi o amerykańskie, to wiadomo, w 1975 protesty przeciwko wojnie w Wietnamie osiągnęły apogeum, w Polsce mieliśmy czas czytania wszystkiego, co amerykańskie, po latach ‘głodu wydawniczego’. Treść komiksu w stosunku do książki została zmieniona, wiadomo, ale przekaz został zachowany.

Wizualnie jest średnio, przynajmniej dla mnie. Drażniły mnie w wielu wypadkach ‘brudne’ obrazki autorstwa Marvano. Wiem, że oddał w ten sposób wojnę, ale dla mnie osobiście było przedobrzone. Nie podoba mi się taka forma rysunków. Kolory bardzo dobrze dobrane (dobra robota Bruno Marchanda), ale całość graficznie nie wyszła najlepiej (o wiele lepiej od postaci wyszły sceny dziejące się w kosmosie). Nie spodziewałem się lukrowanych grafik rodem z magazynów superbohaterskich dla dzieci i młodzieży, ale też nie spodziewałem się otrzymać tego komiksu w tej formie. I to muszę zapisać na minus.

Tak więc treść na plus, no, zestarzała się, ale przecież było to pisane ponad czterdzieści lat temu, a wszystkie porównania tracą na tym, że większość późniejszych pozycji czerpała w tym temacie z pomysłu Haldemana. Natomiast graficznie, myślę, że można to było lepiej przemyśleć i zrobić. Ale cieszmy się z tego, co dostaliśmy, bo pewnie gdyby nie Marvano, to nikt nie spróbowałby się zmierzyć z próbą zilustrowania, skomiksowania powieści Haldemana.

Podsumowując  całość, jestem na małe tak.


autor: Joe Haldeman
rysunki: Marvano
tytuł: Wieczna wojna
wydawnictwo: Egmont
tłumacz: Krzysztof Uliszewski
data wydania:  czerwiec 2016
liczba stron: 168
ISBN: 978-83-281-1652-8

Odpowiedzi

gdy ukazał się w Polsce po raz pierwszy, jakoś pod koniec lat osiemdziesiątych, albo na początku dziewięćdziesiątych. Jakoś niespecjalnie mi się spodobał i w dodatku zniechęcił mnie do przeczytania książki. Ale może to dlatego, że byłem za młody. Albo że najpierw trzeba przeczytać książkę, a dopiero potem sięgać po komiks ;)

No widzisz, to ja miałem odwrotnie, najpierw książka, a potem po 2o latach komiks, więc może faktycznie najpierw książka, a potem komiks?