Wielka fala

Ocena: 
7
Average: 7 (1 vote)

Pomiędzy trzypiętrowymi kamienicami majestatycznie płynęła trumna. Kolejna, ósma na przestrzeni zaledwie kilkuset metrów. Nurt rzeki, w jaką zmieniła się ulica Łużycka, główna arteria miasta, pchał ją niestrudzenie w kierunku łodzi z trójką mężczyzn.

Trzeciak przyłożył do czoła grzbiet prawej dłoni, chroniąc oczy przed słońcem, marszcząc stare czoło i poruszając zapadniętymi wargami. Po chwili już miał pewność.

– Dziecko.

– Co, ojciec, mówicie?

Spojrzał na starszego z dwójki synów.

– Trumna z dzieckiem. Mała, biała – dziecko.

Bracia zerknęli po sobie.

– Może ją ominiemy – jęknął młodszy.

Starszy szturchnął go w bok.

– Burmistrz płaci stówę za każdą wyłowioną skrzynię. Podpłyniemy, przywiążemy do pozostałych i po krzyku. Co jest, Jędrek, trumny się boisz?

Jędrek spojrzał na niego spode łba. Chwilę ważył słowa, w końcu wzruszył ramionami.

– Nie boję się, Filip. Forsa się przyda.

Stary miał rację. Bez wątpienia mieli przed sobą trumienkę. Przytrzymana bosakiem stuknęła o burtę łodzi i zatrzymała się. Nurt wreszcie przestał mieć nad nią władzę. Popędzony przez ojca, Jędrek odepchnął ją od burty i zajął się przekładaniem pętli z aluminiowego drutu z podczepioną mocną, nylonową linką. Zadzierzgnąwszy drut, skierował się wraz z łupem na koniec trumiennego plutonu. W każdym rzędzie znajdowały się trzy skrzynie przywiązane mocno jedna do drugiej. Kiedy Jędrek po nich przechodził, zanurzały się z lekka, nie było jednak obawy, że się rozlezą, czy zanurzą – solidna, przedwojenna robota.

Dwóch pozostałych mężczyzn przyglądało się mu z uwagą i nie bez niepokoju.

Kiedy po raz kolejny w ciągu ostatnich trzech dni nadeszła Wielka Fala, wszyscy oczekiwali zniszczeń, ba, kolejnych istnień ludzkich pogrążonych w mętnej, rzecznej wodzie. Oczekiwania się spełniły. To była najsilniejsza powódź od czasu tamtej, z dziewięćdziesiątego siódmego. Utonęło osiem osób. Jedenaściorga wciąż nie odnaleziono. Miara zniszczeń przerosła jednak najśmielsze oczekiwania. Poziom wody w ciągu ostatnich kilkudziesięciu godzin spadł zaledwie o dwadzieścia centymetrów, nadal jednak wynosił przeszło metr powyżej ulicy Łużyckiej. Wraz z Wielką Falą wzrósł dwukrotnie. Teraz już nie było możliwości poruszania się innym środkiem lokomocji jak tylko łodziami, czy sporządzonymi naprędce z czegokolwiek tratwami.

Nie to jednak było najgorsze.

Woda podmyła cmentarz na wzgórzu, od rzeki oddzielony zwykłą siatką oraz półtorametrowej wysokości skarpą. Wielka Fala ugryzła solidny kęs skarpy, pochłaniając nie tylko siatkę, ale i kilka rzędów grobowców w najstarszej części nekropolii. Średnio licząc, ćwierć setki skrzyń wypłynęło na powierzchnię wody niczym spławiki na zawodach wędkarskich. I wciąż wypływały nowe – cmentarz tylko w najwyższym miejscu oparł się powodzi, reszta znikła w mętnej topieli.

– Ile płacą za trumienkę z dzieckiem? – zastanowił się Filip. – Tyle samo chyba, co za te duże, co, ojciec? Burmistrz, mówił że każda warta jest stówę, ale ni słowem nie zająknął się…

Stary nie słuchał go, wpatrzony w to, co robił młodszy syn. Dziwne. Od kilku minut się nie poruszał. Już dawno powinien przytroczyć skrzyneczkę do pozostałych i wracać.

– Jędrek – krzyknął. – Zasnąłeś tam?

Najmłodszy z trójki Trzeciaków nie usłyszał krzyku, mimo że ojciec znajdował się nie dalej, jak dziesięć metrów od niego.

Na profilowanym wieku trumienki znajdowała się wycięta w kształt godła płytka. Wygrawerowany na niej napis, stary, ale wciąż czytelny mimo upływu lat oraz niszczącej siły ziemi, głosił:

Helmut Albrecht von Dobrocht

* 12 Marz 1882

+ 27 August 1889

Jednak to nie tabliczka tak zafascynowała Jędrka. Nieco wyżej, na spawie łączącym profile wieka, pojawiła się gruba na dwa palce i niewiele dłuższa szczelina – okazało się, że siła Wielkiej Wody potrafiła przemóc solidną niemiecką robotę. Gdyby trumna pękła poniżej poziomu wody, już dawno osiadłaby na dnie. Unosiła się, a więc nadal zachowała szczelność – mimo wszystko solidność zasługująca na uznanie.

Szczelina ziała czernią. W czerni tej lśniła para oczu. Czerwonych jak krew. Jędrek nie potrafił odwrócić od nich spojrzenia.

Przykucnięty, sięgnął do kieszeni koszuli. Wyciągnął z niej zwykły, tandetny scyzoryk i rozłożył go. Wysunął lewą rękę tuż ponad szczelinę, przyłożył ostrze niklowanej stali do skóry nadgarstka. Nacisnął mocniej i zmrużył powieki z bólu, jednak nie zamknął ich, zahipnotyzowany czerwienią oczu.

Pierwsze krople krwi skapnęły do wnętrza trumny.