Imiona i nazwiska

Ocena: 
6.125
Average: 6.1 (8 votes)

Wspaniały gabinet – pomyślał John. – Budzi zaufanie.

Zanotował w pamięci, aby zapytać, gdzie szef firmy nabył garnitur. Wyglądał w nim wspaniale. John poczuł w sercu ukłucie zazdrości, gdy wszedł do wielkiego pomieszczenia. Zwykle to on przyciągał uwagę dystyngowanymi i drogim strojami, jednak ten ubiór przyćmiewał wszystko, co do tej pory widział. Materiał, krój, guziki, wykończenie mówiły jedno – jestem miliarderem, ale i człowiekiem o wyrafinowanym guście, umiejętnie wykorzystującym zebraną fortunę.

– Szyty na zamówienie u Armaniego według moich wskazówek – rzucił prezes, nalewając whisky do szklaneczek z ręcznie rżniętego kryształu. Zdawał się odczytywać myśli Johna. – Kupiłem dwa tuziny, różniące się kolorystyką. Zdecydował się pan skorzystać z naszych usług? Gwarantuję sukces.

Poprawił ułożenie pliku dokumentów, leżących na blacie olbrzymiego biurka z palisandru. Czekały na podpis.

John nadal się wahał. Cena osiągnięcia tego, czego tak bardzo pragnął, nawet jego przerażała wysokością. Jednak oferta przedstawiała się tak kusząco, że w głębi duszy narastało pragnienie – powiedz „tak”! Podpisz! 

Wreszcie spełniłby marzenie życia. W końcu przestałby być Johnem Smithem. Myślał o tym od dawna, jednak natłok zajęć, wir kręcących się interesów – wszystko to odsuwało wykonanie planowanego zamiaru. Poza tym on, rekin finansowy, wielki bogacz, ciągle nie potrafił wybrać innego, pięknie brzmiącego nazwiska.

Wtedy zadzwonił przedstawiciel tej firmy. Wyglądało, że znali dręczący go problem. Zaproponowali coś niebywałego – zwracające uwagę nowe imiona i nazwisko, i to od urodzenia. Od chwili, gdy przyszedł na świat. Od momentu chrztu… Cena była jednak niebotycznie wysoka. Konta skurczyłyby się znacznie.

– Guillaume Maxime de Tully-Rohan… – Człowiek siedzący za wspaniałym biurkiem uśmiechnął się lekko. Z uwagą oglądał swoje perfekcyjnie wypielęgnowane paznokcie. – Nazwy książęcych rodów, połączonych w jedność. Wyszukane specjalnie dla pana. Jakże pięknie brzmią!

Uśmiechnął się szeroko.

– Po podpisaniu umowy wszędzie, i to natychmiast, stanie się pan de Tully-Rohanem. W księgach metrykalnych, w spisach absolwentów Harvardu, w wykazach bankowych i rejestrach skarbowych. Od zaraz. Wystarczy parafować umowę.

John w głębi ducha smakował nowe nazwisko. Fenomenalnie brzmiące, wieńczyłoby drogę życiową. Jednak cena, nawet dla niego, rekina finansowego Wall Street, odstręczała niebywałą wysokością.

– Pana dawni koledzy i najbliżsi znajomi jutro zbudzą się z przekonaniem, że zawsze był pan Tully-Rohanem. – Starannie  wypielęgnowana dłoń prezesa podała szklaneczkę whisky. John stwierdził, że smakuje wybornie. – Ten krąg osób systematycznie się poszerzy. Widzę, że jednak pan się waha… Zaproponuję więc bardzo znaczący upust, w zamian za pewne odstępne.

Smukłe palce sięgnęły do skrzyneczki z mahoniu i podały Johnowi długą cygaretkę.

– Stara hacjenda na Kubie, prowadzona według dawnych zasad. – Lśniące nieskazitelną bielą zęby błysnęły w uśmiechu. – Najlepszy tytoń na świecie, tylko dla Fidela Castro, jego brata i ich najbliższych towarzyszy.  Straszliwie drogie, jednak warte tej ceny. 

Przed Johnem wylądowała kartka papieru. Głęboko się zaciągając, czytał ją uważnie. Jego umysł, wyćwiczony w znajdowaniu prawniczych pułapek i nieostrych sformułowań, jak zwykle działał niczym wspaniałe skonstruowana maszyna.

W niekontrolowanym odruchu przełknął ślinę. Zapisy nie budziły wątpliwości, a zniżka zapłaty o osiemdziesiąt procent czyniła transakcję bardzo realną.

Spełnienie marzenia życia zależało już tylko od jego podpisów. Wreszcie przestałby być Johnem Smithem, synem niezbyt zamożnego farmera z Arizony, człowiekiem, którego nazwisko u wielkich graczy giełdowych wywoływało uśmiech politowania. Odstępne wyglądało śmiesznie, a nawet bzdurnie.

Już się nie wahał.

Stalówka złotego pióra zaskrzypiała, gdy opatrywał swoim podpisem kolejne stronnice umowy. Najważniejsza kartka, ta z wysokością upustu, spoczywała na wierzchu foremnego stosiku dokumentów.

– Trafna decyzja, panie de Tully-Rohan.– W głosie prezesa zabrzmiał wystudiowany akcent uznania. – Proszę spojrzeć!

John już dostrzegł, że linijki druku na tej karcie zmieniają się. Tam, gdzie przed chwilą widniały wyrazy „John Smith”, figurowały teraz nowe imiona i wspaniale brzmiące, dwuczłonowe nazwisko.

Z uznaniem pokiwał głową.

– Dawniej opowiadano, że ten dodatkowy alegat do umowy podpisywano własną krwią. – W głosie człowieka we wspaniałym garniturze zabrzmiało rozbawienie. – Określano go cyrografem. Bajdy dla prostaków. Prawdą jednak jest, że odstąpił pan nam swoją duszę. Za takie nazwisko to niska cena.

Szef firmy pokiwał głową.

– Kiedyś też byłem Johnem Smithem – ciągnął cicho. – Nie mogłem tego znieść. Już od dawna jestem Gabrielem Herbertem de Lafayette, potomkiem wielkiego bohatera Stanów Zjednoczonych. Markizem… Tam, gdzie kiedyś znowu się spotkamy – kontynuował nieśpiesznie – nasze dusze też będą nosiły nowe nazwiska. W przeciwieństwie do reszty tej pospolitej bandy grzeszników…

8 kwietnia 2016 r.

Odpowiedzi

super

pomysł. Kuszenie nigdy się nie zestarzeje :)